Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział 5 - Sztuka komedii Home Chomik Arch Giovanna

Rozdział 5 - Sztuka komedii

1.00, wtorek – Las Vegas, Klub dla Nocnych Marków „Irlandia”

Córuchna: Gdzie jesteś?

W jedynym kasynie, gdzie mówiono po polsku, siedziało już kilku jego kumpli od kieliszka i takich ogólnych. Było też paru takich, z którymi nie siadał nigdy do kieliszka. Arkadiusz schował telefon, wziął kufel piwa i przysiadł się do pokera. Karty poszły w ruch. Akurat mówił niejaki Wojtuś, stary kawaler.
- ... No i ta modelka włazi mi pod kołdrę! No to ja po wino do lodówki i zacząłem nalewać.
- Fajno, fajno - powiedział Gruby, którego też tu dzisiaj przyniosło. - A słyszeliście już o tym nowym piwie? „Artane” się nazywa.
- Ja tam wolę wino - powiedział Franciszek, kierowca tira. - Wino to napój artystów.
- A mnie dzisiaj rano chcieli zabić - wtrącił Arkadiusz niewinnie.
- A ja wam mówię, że wino jest niczego sobie, ale trzeba je tak jak denaturat przez skórkę od razowca, to wtedy jest mniej szkodliwe. Bo jak czasem zajedzie siarą to aż... – Były policjant, wtrącił swoje dwa grosze.
- Denaturat to oślepi z wolna - powiedział Oliwer, który sam ledwo co widział. - Ale spirytus salicylowy, jak się przepuści przez destylarkę, to nawet salicyl traci. Zostają takie białe kryształki. Cienkie i długie.
- To co się pije? - zaciekawił się Gruby.
- No jak to? Kryształki zostają z jednej strony, a esencja z drugiej.
- Prawie mnie zastrzelili - powiedział Arek.
- A to łobuzy - zdziwił się Ludwik. - Na pohybel!
Kilka szklanek uniosło się ku sufitowi i zaraz opadło w stronę gardeł. Wielkie mecyje, że ktoś chciał sprzątnąć Arkadiusza Tymieckiego. Ciągle coś mu się przytrafiało. A to gliny go przyprowadziły do domu, a to Ruscy z KGB porywali do Moskwy. Miał szerokie znajomości.
- A ja wam mówię, że ajent dostał skrzynkę „Artane” i schował na zaplecze dla swoich kumpli.
- Schował, znaczy się? Dawno już nikt nie podpalił mu chyba kasyna - obudził się drzemiący w kącie Marek z Rogoźna.
- Co dla kumpli?! - wściekł się zza baru ajent. - Trza było powiedzieć, że chcecie spróbować!
- Ja! - wydarło się kilka gardeł.
Ustawili butelki rządkiem na stoliku. Po jednej dla każdego.
- Jaki toast? - zapytał Arkadiusz.
W tym momencie przez okno wpadła kula i roztrzaskała cały rządek flaszek.
- Co jest?! - wściekł się Oliwer. – Lorenzo, to ciebie rano chcieli zabić? Co?
- No tak. Może nie zabić, może tak tylko dla postrachu.
- Że ciebie chcą zabić, to my tracimy tyle piwa! Won mi stąd, niech cię zabiją przed kasynem.
- Jak ja ci zaraz...
- Ty do mnie?
Krzesła i butelki zawirowały w powietrzu. Pospadały lampy. W oknach powstały dziury.
- Mam jeszcze jedną skrzynkę - darł się ajent, ale nikt go nie słuchał.
Kłąb splecionych ciał, na którego dnie znajdowali się Arkadiusz i Oliwer, przetaczał się po pomieszczeniu, łamiąc stołki i krzesła. Kolejna kula wpadła przez drzwi i roztrzaskała pięciolitrową butlę Kasztelana, która królowała nad barem. Walczący przerwali na chwilę.
- No nie... - powiedział Arkadiusz. - Pobijemy się później. Najpierw trzeba sprawdzić, kto to. Macie broń?
Mieli wszyscy. Potłuczone butelki, łańcuchy od słupków ulicznych, noże. Uzbrojona po zęby gromada wysypała się na ulicę. Dziesięć par ponurych oczu potoczyło ołowianym spojrzeniem najpierw w prawo, potem w lewo. Na ulicy panował spokój jak zawsze o porze porannej w Las Vegas. Kimkolwiek był tajemniczy strzelec, zniknął bez śladu.
- Tam jest - krzyknął Gruby, pokazując jakiegoś typka w szarym garniturze, który znikał w perspektywie ulicy.
Typek niósł futerał na skrzypce, a ostatecznie, od czasu do czasu, oglądało się różne świecące szyldy. Dziesięć gardeł zawyło ponuro i wataha puściła się w ślad za nim. Człowiek w garniturze odwrócił się lekko zdziwiony i na moment zamarł z przerażenia. A potem rzucił się do ucieczki. Pobiegł prosto, przeciął główny trakt miasta i wypadł na placyk, koło Hotelu Excalibur. Tam obejrzał się. Dzika banda zawyła ponownie. Nieznajomy znowu rzucił się do ucieczki. Za Hotelem stało kilka małych kasyn i klubów. I właśnie do jednej z nich wbiegł. Za nim ochrona, wywieszając tabliczkę „Zamknięte”. Postawni mężczyźni zaryglował nawet za sobą drzwi.
Kumple Arkadiusza wybili wszystkie okna i nimi to właśnie wdarli się do środka. Nieznajomy ze zdumiewającą, biorąc pod uwagę jego mizerną postać, energią, wdrapał się tymczasem na strych i wciągnął za sobą drabinę.
- No i co dalej? - zdenerwował się Arkadiusz.
- Wykurzymy drania - zawył któryś, podpalając zapalniczką czerwony dywan.
- Ja bym raczej podszedł po gliny - powiedział Arek, ale nikt go nie słuchał. Paliło się już wszystko. Podłoga i ściany, jednoręcy bandyci i stół bilardowy, a uwięziony na strychu wzywał rozpaczliwie pomocy. Podpalacze opuścili lokal dopiero w chwili, gdy zapaliły się na nich garnitury. Przed płonącym klubem stały już radiowozy, a wóz straży pożarnej właśnie przeciskał się od strony autostrady. Odrobinę uwędzony snajper, który zlazł po dachu, właśnie wylewał swoje żale.
- Ja to pół biedy, choć mało nie zaczadziałem. Ale moje skrzypce - otworzył futerał. - Tak wysoka temperatura mogła je zniszczyć... O tam są ci bandyci!
Podpalacze rzucili się do ucieczki. Gliniarze nawet za nimi nie pobiegli. Ostatecznie musieli pomóc przy gaszeniu i spisać protokół. Wataha polaków zatrzymała się dopiero na obrzeżach miasta.
- Cholera, to nie był ten - stwierdził Arkadiusz. - Czy ktoś ma jeszcze jakieś pomysły?
W tej chwili nadleciała kolejna kula. Otarła się o znak stopu na skrzyżowaniu i zagłębiła się w nogę Franciszka. Franciszek zawył.
- Cholera! Lorenzo, może ty sobie już idź, bo jeszcze nas skasuje przez pomyłkę, zamiast ciebie! - Zdenerwował się Oliwer.
- A pewnie, że pójdę. Nie potraficie mi pomóc, to się obejdzie.
Ruszył z powrotem w stronę Las Vegas. Tylko Gruby poszedł za nim. Reszta została. Trzeba było przecież opatrzyć rannego. Postrzał został zdezynfekowany sporą ilością spirytusu. To znaczy na ranę poszło w sumie niewiele, ale przecież wiadomo, że każda kula zostawia także w ciele trochę różnego brudu i dlatego niezbędne jest odkażenie wewnętrzne.
- I co teraz, ha? - zapytał Gruby.
- E, wracam do pokoju. Nie wyszła nam dzisiaj balanga.
- Może pojadę z tobą?
- Sam sobie poradzę.
Po drodze zaopatrzył się w jeszcze jedną butelkę wódki, dzięki czemu nie poczuł zmęczenia, a nawet, jeśli się zmachał, wracając do hotelu, to i tak tego później nie pamiętał. Dotarłszy, uwalił się do swojego luksusowego łóżka z baldachimem i zapadł w sen.
Obudził się dość wcześnie rano. Przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych, bowiem jakiś łobuz, wykorzystując jego mocny sen, związał go starannie. Łobuz siedział sobie na stole i ostrzył długi nóż o kawałek skórzanego pasa. Wyglądał dość dziwnie. Ubrany był całkiem na czarno. Włosy i oczy także miał czarne. Twarz miał pociągłą, z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi. W szarych oczach płonęły mu dziwne iskierki. Gdy ostrzył nóż, jego język nieznacznie oblizywał wąskie wargi.
- Rozwiąż mnie - zażądał Lorenzo.
- No co ty - zdziwił się siedzący.
Mętne spojrzenie Arkadiusza omiotło całe pomieszczenie i zatrzymało się na stojącym koło drzwi snajperskim karabinie.
- Znaczy to, ty do mnie strzelałeś? - zainteresował się.
- Tak.
- Kto cię wynajął?
- Widzisz Lorenzo, jestem zawodowym łowcą nagród. Twoja córka jest następna. I co ty na to?
Ojciec przeżył w życiu wiele niebezpieczeństw i spotkał wielu szaleńców na swojej drodze, ale z takim przypadkiem jeszcze się nie spotkał.
- Chyba cię pogięło - wyraził swoje zdumienie.
Łowca nagród sprawdził na swojej ręce, czy nóż jest wystarczająco ostry. Wyglądało na to, że jest, bo włoski posypały się na ziemię.
- No to wybieraj sobie Polaku sposób, w jaki umrzesz.
Arkadiusz miał ochotę poskrobać się po głowie, ale miał związane ręce.
- Może ze starości? - zaproponował żałośnie.

10.03, wtorek – Zoologiczny „Zizanie”, Paryż.
Sklep toną w lekkim mroku. Miałam tylko zastrzeżenia do licznych trofeów myśliwskich. Nie znosiłam takich martwych pamiątek. Choć tutaj było na co popatrzeć: głowy niedźwiedzia, lwa, antylopy, dzika, o – nawet nosorożca! Wchodząc do sklepu, minęłam kobietę, która z pedanterią zawieszała duże lustro. Co chwilę odchodziła i sprawdzała, czy idealnie czysta tafla wisi prosto. Najwyraźniej niezadowolona z efektu przyłożyła małą poziomicę i znowu poprawiła ciężkie ramy. Skinęła mi głową i zmrużyła oczy. Odłożyła poziomicę obok klatki z chomikami i uniosła wysoko podbródek w geście aprobaty.
- Prosto?
- Tak – odparłam z uznaniem.
Madame Ofelia, pochodząca z Polski, która mieszka w Paryżu od ponda roku, podała mi moje stałe zamówienie. Wędzone świńskie uszy dla psa. Podeszła do odpowiedniego pojemnika, na wszelki wypadek zerknęła jeszcze raz na lustro (prosto!) i po drodze poprawiła obraz z Kilimandżaro (zawsze przechyla się w lewą stronę). Poprawiłam włosy i spojrzałam na poziomicę leżącą na blacie.
Oto co robi Polakom mieszkanie w obcym kraju.

13.00 - Rue de Rivoll.
Właściwie to było już parę minut po pierwszej. Z hotelu do „Dalidy”. Ten szlak powinien nazywać się moim imieniem. Swoją drogą ta ulica byłaby idealnym miejscem na otwarcie nowego salonu dla Nino. Tylko jak nazwać firmę? „Stylista Hollywood jak i Bollywood – nie boi się wyzwań!” Trochę długie, ale chwytliwe. Nagle potknęłam się na wystającej płytce chodnikowej, zręcznie omijając gołębia (głupie ptaszysko, nawet się nie przesunęło!), który zdradziecko czyhał na ewentualne jedzenie od niewinnego przechodnia, i w tym samym momencie ujrzałam ogłoszenie: LOKAL DO SPRZEDANIA. To przeznaczenie! Szkoda tylko, że przemówiło przez ptasi móżdżek, to odebrało tej chwili całą mistykę. Drzwi były lekko uchylone, więc zanim weszłam, zajrzałam do środka przez zakratowane okno. Do chrzanu, chyba się spóźniłam, właściciel lokalu albo agent biura nieruchomości (w panującym wewnątrz półmroku trudno było rozpoznać) pokazywał ze świeczką w ręku ściany jakiejś parce. Pomieszczenie nie wyglądało na zbyt duże, chyba że było jeszcze jakieś zaplecze, metraż więc idealny dla elitarnego stylisty. Co oni tak długo tam robią? Zanim zdałam sobie sprawę, że muszę wyglądać naprawdę idiotycznie, przyciskając twarz do brudnych krat, płomień świeczki niebezpiecznie się zbliżył do drugiej strony okna i na moment mnie oślepił. Zamrugałam kilka razy i pierwsze, co zobaczyłam, to twarz Custodio za szybą. Odskoczyłam jak oparzona, ale było już za późno. Drzwi skrzypnęły i na ulicę wyszedł agent – na pewno agent, w świetle dnia zawsze rozpoznam agenta – a za nim Custodio z nieznaną mi damą.
- Justyna, miło cię widzieć.
Miło? Doprawdy?
- Czyżbyś też była zainteresowana lokalem?
- Nie, po prostu przechodziłam i zaciekawiło mnie to puste miejsce.
Nigdy, ale to nigdy nie przyznawaj się przed agentem biura nieruchomości, że zależy ci właśnie na tym miejscu. To zasada numer jeden.
- A my właśnie szukamy odpowiedniego lokum na hiszpańską knajpkę. Ale przecież wy jeszcze się nie znacie – to jest Lillian, a to Justyna.
Dziewczyna dopiero teraz wyjrzała zza placów Custodio i z uśmiechem wyciągnęła dłoń do mnie. To była chyba najpiękniejsza kobieta, jaką widziałam w swoim życiu. Ciężkie falujące włosy sięgały jej do pasa, czarne jak węgiel oczy patrzyły na mnie z ujmującą serdecznością. Miała raczej drobną budowę ciała, jak to Hiszpanka, a z każdego jej gestu emanowała zmysłowość. Była po prostu doskonała. Ojej.
- Chcemy tutaj założyć lokal z hiszpańskim jedzeniem. – Wyjaśniła, chwytając Custodio za rękę i przytulając się do niego.
Oboje spojrzeli na siebie czule.
- Małą, przyjazną i przytulną – dodał Custodio.
Pewnie jeszcze Gay & lesb friendly? Przepraszam, to było zbyt cyniczne. Porozmawiałam z nimi przez chwilę, nie zdradzając się ze swoimi planami, ale zdążyłam zapamiętać numer telefonu. Kiedy Lillian oddaliła się na moment wraz z mężczyzną pod krawatem, Custodio przejechał po mnie rozbawionym wzrokiem.
- Nowa fryzura? Gratuluję.
Jakby była wilkiem to bym zawyła. Podparłam się za to pod boki, aby nadać mojej postawie agresji. HA!
- Nowa dziewczyna? Gratuluję.
- Jesteś trochę przy kości.
- Wspominałeś wcześniej, że charakter jest najważniejszy.
- Ja jestem po prostu szczery, wygląd ma jednak to 20%. – Uśmiechnął się oschle. – Możesz być koleżanką.
Jasne.
- Wyślę ci list – dodał i poklepał mnie po ramieniu. – A teraz skoncentrujmy się na interesie, dobrze?
Przeciągnął się leniwie jak kot i wrócił do lokalu. Tam czekała już na niego Lillian, wygłaszając jakieś krótkie hiszpańskie uwagi. Ja przez chwilę jeszcze wpatrywałam się w miejsce gdzie przed chwilą stał. „Skoncentrujmy się!”.
Dołączyłam do nich. Zamierzałam zadzwonić do agencji po kwadransie i umówić się na oglądanie jeszcze tego samego dnia. Custodio dziękował właśnie agentowi za czas i obiecał, że odezwie się do niego, jak tylko coś postanowią. Wymachując czarną teczką, mężczyzna pod krawatem oddalił się w stronę Luwru, a my dalej staliśmy w tym samym miejscy. Zupełnie jakby to był pojedynek na przestrzenie – kto pierwszy odejdzie, nie dostanie lokalu. Niestety zadzwoniła Agata, dopytując się, gdzie, do jasnej cholery, się włóczę i jaką chce zapiekankę, bo właśnie składa zamówienie. Jeśli nie uda mi się z lokalem – to przez nią. Skręcając w stronę Dalidy, odwróciłam się i z wysiłkiem pomachałam Custodio i jego Lillian. Wciąż tam stali jak dwa gołąbki.

14.15 – Café Dalida.
- Hepaham, ale byham ju hodna – wymamrotała Agata, połykając właśnie kęs zapiekanki. – Uważaj. Wiem, że nie lubisz jak jest gorąca.
Mój nastrój powoli spadła z koloru zielonego na szary. Mimo to, nie wiem kto wymyślił zapiekanki, ale był geniuszem. Drugi geniusz przysadzał je u Dalidy. Doskonała kombinacja pokrojonych w talarki pieczarek, sera żółtego i ketchupu tworzyły niepowtarzalny smak, którego nie jest w stanie zastąpić żadna kuchnia hiszpańska. Dla mnie bez sosu czosnkowym, dla Agaty z sosem. Właśnie, sos czosnkowy.
- Co się stało, że jesz zapiekankę z sosem? Blond wypłosz wyjechał?
Bóg mi światkiem, że starałam się zawsze zapamiętać imiona przyjaciół i przyjaciółek Agaty, ale nigdy nie pamiętałam aktualnego. Dlatego nadawałam im ksywki. Blond wypłosz nie znosił czosnku, więc Agata, która uwielbia zapiekankę w pełnym zestawie, rezygnowała dla niej z sosu. Cóż, miłość to jedno wielkie wyrzeczenie.
- Tak, na zawsze.
- Co? Rozstałyście się? Kiedy? Czemu nic mi nie powiedziałaś?
- No przecież mówię, prawda? – Oblizała palce umazane w sosie. – Związek z kobietą wcale nie jest lepszy. W nocy miałyśmy rozmowę pożegnalną, a dziś rano spakowała się i wyniosła.
- Ale dlaczego?! Myślałam, że było wam razem dobrze.
Poświecenie, z jakim oddawała się jedzeniu, opowiadając o kolejnej utraconej miłości, wyprowadziło mnie nieco z (i tak już naruszonej) równowagi.
- Złamała mi serce – odpowiedziała po chwili, mlaskając. – Podobno poznała inną  i zakochała się. Nie chcesz jeszcze jednej zapiekanki? Szkoda, sama nie będę jadła. Teraz pozostaje mi tylko ukoić ból. Pójdziesz ze mną poszargać ryj?
Nie po raz pierwszy widzę ją w takiej sytuacji, ale wbrew pozorom Agata nie jest istotą pozbawioną serca.
- Partnerzy to świnie – poinformowałam.
- A Custodio?
- Nie podobam mu się. – Sapnęłam. – Też mam złamane serce.
Agata prychnęła pogardliwie.
- Ty nie masz złamanego serca. Obrażoną ambicję raczej.
- Serio?
- Daj spokój! Z twoim charakterem o ty tylko pstrykniesz palcami i będziesz mieć chłopaka!
Przycichłam. Ona nie narzeka na brak zainteresowania.
We wszystkich epokach kobiety o okrągłych kształtach były uważane za synonim piękna. W renesansie zapewne byłabym muzą znanego artysty, który uwieczniłby moje niezapomniane fizis na obrazie i przyćmiłby nawet Mona Lizę. Tyle, że ja się urodziłam w XXI wieku, gdzie faceci wolą chude, głupie kobyły. Poparłam prawy policzek dłonią.
Posmutniałam, ale wcale nie dlatego, że nie podobam się Custodio. Ja takiego co tak łatwo mnie na inną wymienił długo pamiętać i wspominać, nie będę i nie chcę. Ale powiedzenie, że jestem „przy kości” było ciosem poniżej pasa. Uderzeniem w czuły punkt! Co z tego, że mam sympatyczny charakter? Teoria Agaty się nigdy nie sprawdzi. Mogę sobie pstrykać i krzyczeć ile wlezie, a i tak nikt na mnie nie popatrzy, bo mam trochę za duży rozmiar w pasie. I nie jestem modna. Przegrywam, bo mam za słabą ambicję w kwestii wyglądu i nie mam ochoty na głodzenie się. Anoreksja mi nie grozi, poza tym ja lubię jeść! Czy to jest zbrodnia? Powinnam mu kazać się odpieprzyć i po pysku hiszpańskiego drania!
Ugryzłam zapalczywie zapiekankę i zaczęłam ją przeżuwać.
- Okey, chodźmy na to piwo.

10.09, środa – Salon kosmetyczny „The Beauty In Ugly” Nassim Ghéon & Maurizio Pannini
- Wiesz... ponury wzrok, smętny skrawek peta w kąciku warg i lekki odór wina pasuje do faceta, a nie do kobiety.
- Przecież nie palę – żachnęła się Agata. – Nie memłam petów w kąciku warg.
Nino krytycznie przyglądał się jej.
- Ale pijesz. Chodzi o twój wizerunek i klimat, jaki ostatnio tworzysz wokół siebie. Jak Titanic! - Złapał się za głowę. - Justynę już zaraziłaś. Jest jak tonący Titanic II!
Na dowód obrócił mnie w obrotowym krześle i załamał ręce nad włosami. Czasami miałam wrażenie, że moja fryzura interesowała go bardziej niż ja. Ale brązowy warkocz, z reguły gruby i błyszczący, teraz wyglądał dość żałośnie.
- No wiesz, Nino! A podobno jestem trendy – Agata złośliwie się uśmiechnęła.
- Już się nie mówi trendy. Mówi się lancy. A z takim wyglądem lancy długi nie pobędziesz – Francuzik zmarszczył swój idealny nos. – Cholera! Następnym razem wpiszę odpowiednią klauzulę w umowę: „autor musi dbać o siebie”.
- Nie przesadzaj! Mam depresję!
- I nie wciągać się nawzajem w swoje nałogi! – Skrócił dyskusję i wrócił do mnie. - A co u ojca, Żastin?
- Ty lepiej patrz, jak ja wyglądam – zmieniłam temat. – Popatrz, o, na te włosy popatrz. Końcówki trzeba przyciąć, wyrównać pejsy, skrócić grzywkę i trochę nakręcić loki! Kolor by przydało się położyć, bo denerwują mnie te białe pasma z ostatniego farbowania.
- Budzi się we mnie fryzjer – szepnął Nino z pasją.
- Makijaż trzeba zrobić. No tylko popatrz! – Dramatycznym gestem zdjęłam okularu. – To jest twarz sauté. Osiemnastolatka nie powinna chodzić po ulicy sauté! A ja chodzę. Na te ciuchy popatrz. Uniseks! Nie wiadomo, chłop czy baba. Ale wiesz co? Kompletnie nie mam już siły, żeby coś z tym zrobić. A wy mnie pytacie ojca.
Nie przesadzałam. Czułam się brzydka, nieciekawa, nieatrakcyjna. Byłam przecież porzuconą kobietą! Dlatego tak się czułam i zachowywałam. Przynajmniej pod tym względem byłam konsekwentna. Totalnie zniechęcenie do wszystkiego.
- Może powinnaś jednak zacząć się z kimś spotykać – powiedział z wahaniem.
- Czy wyglądam na kobietę, która kogoś szuka? Nie. Nie szukam. Nawet podświadomie tego nie robię, bo nie wabię.
- Słucham?
- No nie wabię. Nie puszczam powłóczystych spojrzeń, nie noszę seksownej bielizny „na wszelki wypadek” i pewnie nie wydzielam feromonów.
Gdyby tak się zastanowić, wziąć pod uwagę ten totalny zastój w uczuciach i niechęć do płci przeciwnej, to zanik feromonów wydał mi się najbardziej prawdopodobny. Nigdy nie miałam tego naturalnego fillingu, który mógł przysporzyć mi wielbicieli. Ostatnio i tak wszystkich odstraszałam niż przyciągałam. I naprawdę, naprawdę nie miałam już ochoty na miłosne uniesienia.
- Rozumiem – pokiwał głową Nino i nałożył piankę. – Cała jesteś taka... sauté.
Mówiłam już, że sauté to smażone mięso?
- Jestem sauté – przyznałam.
- Ale dlaczego?
- Bo nie chce nikogo poznać. Jest mi dobrze, tak jak jest.
- A mnie się wydaje, że gdyby ci było dobrze tak jak jest, to byłabyś trochę weselsza. Szczerze nie wyglądasz na kogoś, komu jest dobrze. – Nino skrzywił się w akcie desperacji.
Przymknęłam oczy. Cholera! Miała być relaksująca odżywka dla moich włosów w miłym towarzystwie, a nie wizyta na kozetce psychologa.
- A właśnie, że jest mi dobrze – mruknęłam z zaciętością upartej dziewczynki.
- Żastin, nie wszyscy faceci to świnie.
- Pewnie – przytaknęłam z pasją. – Oprócz tatusia. On znika, ale kiedyś zawsze wraca, ale tak to wszyscy.
- A ile twój tatuś ma lat? – spytała Agata słodkim głosikiem.
- Tego nikt nie wie – wzruszyłam ramionami, a Francuzik prychnął abym się nie ruszała.
Ojciec oficjalnie przyznaje się do czterdziestki, ale coś mi się zdaje, że jego metryka i życiorys niejednego by zaskoczyła.
- No to spójrz na mnie! Albo na Maurizio! Czy wyglądamy na świnie? – Nino spojrzał mi w oczy, starając się wyrazić w nich całą duszę i głębię uczyć. - Czy wyglądamy, jakbyśmy mogli kogoś skrzywdzić?
Przyjrzałam się mu podejrzliwie i groźnie zmarszczyłam brwi.
- A kto was tam wie!
- Nie, no... – Nino westchnął i zaczął podcinać. Brązowo-blond włosy posypały się na podłogę. – Chciałem tylko powiedzieć, że gdybyś potrzebowała męskiego ramienia do wypłakania, to jestem do usług – skapitulował.
- Maurizio, no to chodźmy – Agata wyprostowała się. - Po tych przymiarkach potrzebuję czegoś mocniejszego. Wypijmy za ojca Justyny!
- Świetnie! – Maurizio podniósł się z sofy. – Nowe ciuchy masz, fryzjer załatwiony, co tam jeszcze zostało na liście?
- Ostry seks – Agata spojrzała na kartkę z grymasem na twarzy.
Maurizio spojrzał na nią oczyma jak u spaniela.
- Nie lubisz seksu?
- Seks, seks! Seks jest przereklamowany. Nie da się go kupić w sklepie z facetami. Cenniejsza jest przyjaźń i wsparcie duchowe.
Agata podeszła do kasy, a Maurizio patrzył na nią z żalem. No cóż, świat jest pełen niespodzianek. Czyż nie?

11.00, czwartek – w drodze do Zoologicznego „Zizanie”.
Nowa fryzura poprawiła mi humor. Nowe perfumy pomogły mi poczuć się jak ktoś wyjątkowy. A plan nowego życia, jaki zasugerował mój kochany Francuzik podczas strzyżenia moich jeszcze bardziej ukochanych włosów, całkiem mi odpowiadał. Wizja posiadania prawa jazdy sprawiła mi wręcz dziką radość, a samotna podróż... No. Może Indonezja? Brazylia? Meksyk? USA? Bułgaria? Australia? Tyle państw stoi otworem!
Dzwonek u drzwi zasygnalizował, że do sklepu wkroczył gość, ale z zdziwieniem nie dostrzegłam Ofelii. Za to z drabinki zerkał na mnie żywy Rasputin z „Hellboy’a”. Przerwałam mu ciężką pracę, jaką było sypanie pokarmu dla rybek do metrowego akwarium. Dałam mu wiek po trzydziestce, wyminęłam i starałam się namierzyć jak najszybciej pojemnik z uszami wędzonymi oraz opuścić zaminowany teren. Niestety wszystko zmieniło swoje miejsce. Różowe, pomarańczowe i zielone pudełka straszyły pod ścianą klatek. I były opisane robaczkami! Mogłam zgadywać, gdzie leżą uszy, bo nic nie było przeźroczyste. Młodzieniec przy kasie wydała mi bardziej przyjazny, więc, żeby nie tracić czasu poszłam po pomoc.
- To jest cyrylica – wyjaśnił na wstępie, nawet nie odrywając wzroku od swojego zajęcia.
Notatki po rosyjsku? Jezu, a już myślałam, że te robaczki to jakiś szyfr.
- Ma pani coś do cyrylicy? – głos Rasputina odbił się echem z drabiny. - поним'ать? (Rozumiesz?)
- Panimać - powtórzył chłopak. - Podoba mi się. Miło brzmi. Dumac, że zapamiętam.
- д'умать (Myślę) - poprawił go Rasputin. - Wymawia się „dumać”.
- Dumac.
- Dumać!
- No przecież mówię – obruszył się młodzieniec. - Dumac.
- Ja chce tylko kupić uszy wędzone dla psa – przypomniałam nieśmiało.
- Ale to bardzo niedobrze, kiedy jestem zły - mruknął Rasputin, grożąc palcem. - Mnie nie można lekceważyć. Czyż nie tak, John? - zapytał, szukając potwierdzenia u towarzysza.
Ludzie! Spojrzałam na niego z urazą.
- Mama zawsze mi powtarzała, żebym nigdy nie rozmawiała z obcymi Rosjanami.
- Nie jesteśmy tacy znowu obcy - powiedział Młodzieniec. – Ja nie jestem z Rosji. Poza tym jesteśmy dwoma przeciętnymi pracownikami. Prawda, Nikita?
Usłyszałam jak Rasputin schodzi po drabince.
- Zgadza się - powiedział, przechylając głowę w moim kierunku i odsłaniając złoty ząb. - Jesteśmy jak najbardziej przeciętni pod każdym względem.
- To jest Nikita, a ja jestem Janusz. – oświadczył raźno chłopak przy kasie i wrócił do pisania. – Nikita właśnie wchodzi. – dodał z naciskiem.
Kiedy Rasputin przechodził obok mnie, zmrużył lodowate oczy i spojrzał niesympatycznie. Pokręcił głową i zniknął, mamrocząc coś po rosyjsku. Nie zabrzmiało to przychylnie. Mam nadzieję, że wziął mnie za Czeszkę. Z jakiegoś powodu nasi południowi sąsiedzi cieszą się lepszą opinią niż my. Chłopak przy kasie utkwił we mnie zaciekawiony wzrok.
- Jak ci się podoba?
- Kto?
- Nikita.
- Ten Rasputin? - Zamrugałam, szukając odpowiedniego określenia. - Ciepły, ujmujący gość.
Tuż nad głową Janusza straszyła wielka, otwarta paszcza lwa. Spojrzałam niechętnie na nowego gospodarza sklepu. Miał zadowoloną minę, co, nie wiedzieć czemu, zirytowało mnie okrutnie. Uznałam bowiem, że obnosi się z nie swoim bogactwem. Strasznie to małostkowe. I jeśli spojrzeć na to od tej strony, to przystojniak wygląda pod paszczą lwa jak idiota.
- Masz koszmarny gust – mruknęłam i z ostentacją powiadałam wzrokiem po myśliwskich trofeach za jego plecami.
Słysząc to, chłopak znieruchomiał. Przez chwilę mrugał oczyma, po czym roześmiał się i widać było, że zrobił to szczerze. To nie była uprzejmość lub maskowanie zakłopotania. Spojrzał do góry i asekuracyjnie przeniósł się dalej od lwiej głowy.
- Pewnie wyglądam pod ta paszczą jak idiota. Jesteś pierwszą osobą, która ma taką opinię o tym sklepie. – Pokiwał głową z uznaniem. – Cenię sobie szczerość ponad wszystko.
Podał mi wędzone uszy dla Suri. Spojrzał przy tym w oczy z nowym zainteresowaniem.
- Lubisz szczerość?  – spytałam po chwili wahania, zdając sobie jak to naiwnie brzmi.
- Chyba każdy woli najgorszą prawdę od najsłodszego kłamstwa.
Przyjmijmy, że tak. Każdy.
- A ty woli szczerość czy obłudę?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo do sklepu wkroczył znowu Rasputin. Miał wyjątkowo zaaferowaną minę (zmarszczony nos i mars na czole). Tuż za nim wszedł chłopak w uniformie Francuskiej Poczty.
- Przesyłka z Ameryki. Proszę tu podpisać. A tu ma pan dokumenty przewozowe i zezwolenie na przewóz broni – zaraportował beznamiętnie, podstawiając druczek do podpisania.
Janusz spojrzał na Rasputina, lecz ten nadal stał zdegustowany i zmarszczony. Pokazał jakimś nieokreślonym gestem przestrzeń za sobą, a po chwili do sklepu wniesiono dużą skrzynię. Młodzieniec podpisał dokument i rozejrzał się po pomieszczeniu. Podszedł do lady i chwycił za narzędzie przypominające pogrzebacz. Francuzi wychodzili, gdy podważył wieko. Razem z Rasputinem zajrzeli do środka. W absolutnej ciszy patrzyli na coś, co leżało w trocinach.
Mijała jedna chwila za drugą.
Widząc ich miny, nie mogłam się oprzeć. Podeszłam bliżej i zajrzałam dyskretnie do pakunku. Mój wzrok padł na kilkanaście sztuk broni z długą lufą.
- O kurczę! To strzelby czy sztucery? – zapytałam z szacunkiem.
- Wiedziałeś o tym? – spytał Janusz głosem niczym brzytwa.
Rasputin przecząco pokręcił głową. Wyjął ostrożnie jedną ze strzelb. Niechętnie na mnie spojrzał, a ja od razu postanowiłam się taktownie wycofać.
- Dziękuje  bardzo za pomoc. Czy mogę dostać jakiś woreczek na moje uszy? – zapytałam nienaturalnie zwyczajnym tonem.
Janusz zerknął na mnie z roztargnieniem. Najwyraźniej myślami był gdzie indziej.
- Nikita się wszystkim zajmie – machnął ręką. – Na koszt firmy.
Popatrzyłam jeszcze na strzelby i głowy zwierząt na ścianach.
- Broń na grubego zwierza... No tak. Sam to wszystko upolowałeś?
W moim rodaku jakby coś się nagle obudziło.
- Nie! – Jego gniewny głos zabrzmiał zaskakująco nieuprzejmie. – Moja matka!
Słuchałam milcząco i przyjrzałam się Januszowi. Zauważyłam, że jak zaciska zęby, usta robią mu się wtedy wąsie i układają w jedną linie. Patrzyłam na te jego wąskie usta i stwierdziłam, że jakby je rozluźnił to wtedy okazałoby się, że nie są wąskie, tylko wypukłe, jak u modeli w reklamach. Wrzuciłam uszy do torby, ignorując fakt, że wszystko będzie tam tłuste.
- Okay, okay, tak tylko pytam! No to... do widzenia. – Wyszłam, zamykając za sobą drzwi sklepu.
Ktoś tu ma nie po kolei w głowie, stwierdziłam, idąc ulicą. Pioruńsko nie po kolei w głowie.
Rano, podczas spaceru z Suri, dźwięczały mi jeszcze w głowie słowa: „Kiedy cierpimy, wykrzywiamy lekceważąco wargi”. Nie mogłam sobie przypomnieć, skąd mi się to wzięło.

15.00, sobota – Lasek Boloński
Cały kwadrans zajęło mi szukanie odpowiedniego miejsca do kontemplacji i odpoczynku. Okolony krzewami staw, a tuż nad taflą wody pochylony olbrzymi konar, który wręcz zapraszał, aby na nim usiąść. Stwierdziłam, że muszę się wyładować artystycznie.

Pod natchnieniem Biologii

"1) Faza mobilizacji: napiąć mięśnie, wciągnąć brzuch (przewód pokarmowy i tak zmniejszył swoje ukrwienie, więc na nic ci się nie przyda), nie musisz masować głowy (mózg sam wytwarza hormony ACTH, nie musisz pomagać), gdy nastąpi szybsza wymiana gazu w płucach (po prostu oddychasz szybciej) rzuć się na cel. Albo zawalczysz jeszcze albo dasz nogę."

"2) Odpoczynek. Należy się po fazie mobilizacji, gdy z impetem uderzyłeś w stół, który stał przed tobą. Fakt nie wzięłam pod uwagę, że możesz stracić przytomność."

Nie zdążyłam dokończyć kolejnej fazy, bo dziwne dźwięki zakłóciły moją aurę twórczą. Machałam nogami nad wodą i nadstawiałam ucha, co będzie dalej. Stukot kopyt zaczął się niebezpiecznie przybliżać. Zostanę pozostawiona w spokoju czy wlezie mi tu jakiś intruz? Tak bardzo chciałam zachować się taktownie i dyskretnie, że nagłe wibracje i dzwonek komórki niemal mnie przestraszył. Spojrzałam na wyświetlacz. Mama?

15.35 – ofc (of course) Lasek Boloński
Janusz czujnie nasłuchiwał.
- Halo! – Głos kobiecy zabrzmiał niecierpliwie. – Och, cześć! Wszystko w porządku. Oczywiście, że tęsknię... Chcesz przyjechać?! O! Wstrzymaj się jeszcze. Mamy tu fatalną pogodę. Pada od kilku dni, jest mokro i zimno. Nie będzie ci się podobać.
Młodzieniec spojrzał ze zdziwieniem w błękitne niebo i rozżarzone słońce. Mokro? Zimno?
- Zanudzisz się tu na śmierć – przekonywał kobiecy głos. – Hotel jest praktycznie pusty, a ty lubisz jak coś się dzieje. Umieramy tu z nudów. Muszę kończyć, płosze rybki. Oczywiście, że oddzwonię. Pa, pa!
Tété bał się stukotu własnych kopyt na deskach mostka, a wejście między poręczami traktował jak spotkanie z drapieżnikiem. Dziś nie było inaczej. Nerwowo tańczył w miejscu. Jeździec zszedł z konia i trzymając go za uzdę, cierpliwie prowadził za sobą. Zza krzewów usłyszał ponowny dźwięk komórki.

15.42 – Lasek Boloński (bez zmian).
O Boże, kto znowu? To był Nino, który zaczął jęczeć, że zgubił komórkę i pomyślał, że może zostawił ją u mnie. Zmusił mnie, żebym jej poszukała, ale nie miałam jej przy sobie i w końcu przyszło mi do głowy, że pewnie ją wyrzuciłam razem ze śmieciami.
- Możesz po nią pójść? - spytał namolnie.
- Mogę to zrobić później?
- A jak opróżnią kubły na śmieci? Kiedy zwykle przyjeżdżają?
- Popołudni - odparłam z goryczą. - Ale problem polega na tym, że to wielkie, miejskie kontenery, a nie wiem, w którym ona się znalazła.
W końcu zaczęłam wyciągać rzeczy z kieszeni i usłyszałam plusk. Francuska Nokia poszła na dno i zniknęła w mule. Jasna cholera.
- Co to było? – odezwał się Francuzik z niepokojem.
- Nic, nic – odparłam. – Spróbuj zadzwonić na swoją komórkę, dobrze?
Właśnie stałam na konarze, gapiąc się w wodę, kiedy usłyszałam znajomy głos:
- Cześć.
Odwróciłam się i zobaczyłam Janusza.
- Co robisz? - spytał.
- Czekam, aż zadzwoni w wodzie - odparłam z godnością.
- Rozumiem. - Nastąpiła chwila ciszy. - Długo... czekasz?
- Nie - powiedziałam ostrożnie. - Normalnie.
W tej chwili zaczęło dzwonić w trzcinie.
- O, to do mnie - powiedziałam i zaczęłam pakować rękę do brudnego stawu.
- Pozwól, proszę. - Janusz zostawił Tété na brzegu, dość zwinnie wskoczył na konar, włożył rękę do wody i wyjął z niego telefon. - Tu numer Justyny  - powiedział. - Tak, oczywiście, daję ją. - Podał mi mokry telefon. - To do ciebie.
- Kto to? - syknął Nino głosem rozhisteryzowanym z podniecenia. - Seksowny głos, kto to taki?
Zasłoniłam słuchawkę dłonią.
- Bardzo ci dziękuję - powiedziałam do Janusza, który wyjął z torebki mój zielony kalendarz z 2004 roku i oglądał go zaintrygowany.
- Nie ma za co - odparł, odkładając książkę. - Eee... - Urwał, patrząc na skórzany notes.
- Co? - spytałam z mocno bijącym sercem.
- Nic takiego, yyy, no, miło cię było widzieć. - Zawahał się. - Miło było się znowu spotkać. - Spróbował się uśmiechnąć, odwrócił się i odszedł.
- Nino, oddzwonię do ciebie - powiedziałam do protestującej słuchawki. – Janusz, poczekaj!
Poderwałam się gwałtownie, ale konar okazał się zbyt śliski na moje skromne body. Janusz usłyszał głośny plusk, poprzedzony histerycznym wrzaskiem, który mówił wszystko.
- Tu nie jest głęboko – krzyknął i pobiegł mnie ratować.

15.42 – brzeg (wth?).
- Myślisz, że to było śmieszne?
Wyszłam na suchy ląd przy wydatnej pomocy faceta w stroju do konnej jazdy. Dobrze, że umiem pływać. Mimo wszystko.
- Sprawdzasz moją inteligencję? – Janusz uśmiechnął się zadziornie. – Tym pytaniem.
No, tak. Ma przewagę. Teoretycznie mnie uratował. Jaki, cholera, wspaniałomyślny! Staliśmy naprzeciw siebie. Mój mokry podkoszulek zaczął lekko prześwitywać i przylegać do ciała. Chłopak bezwiednie powędrował oczami w okolice mojego biustu, który właśnie zaczynał wyglądać całkiem interesująco. Po chwili taktownie odwrócił wzrok, ale ziarno zostało zasiane. Przy kości, tak? Prychnęłam.
- Nie pasuje coś?
Ze złością rozłożyłam ręce, a Janusz wymownie wzniósł oczy ku niebu. Mimo opanowania wyrwało mu się westchnienie.
- Kobiety – mruknął z rozbawieniem, bo jego zdaniem wszystko było na miejscu.
Właściwie to nie miał nic złego na myśli. Nic złego jego zdaniem.
- Nie posądzałem cię o charakterek samobójczy, ale ten staw jest i tak za płytki – kontynuował i podszedł do konia. – Może skok z Eiffla byłby lepszy?
- To był wypadek! – Żywo podążyłam za nim.
Szedł sprężystym krokiem przed siebie.
- Jesteś znowu nieuprzejmy! – poinformowałam, zdając sobie sprawę, że wyglądam właśnie jak obraz nędzy i rozpaczy bardziej niż zwykle. Wyszłam na drogę i stanęłam jak wryta. Janusz trzymał przepięknej urody białego wierzchowca.
- Książę na białym koniu – wyrwało mi się z serca.
Chłopak złapał za wodze i zawrócił Tété. Prowadził go obok siebie. Z rozbawieniem słuchał ciężkiego ćlapania ubłoconych butów. Zauważyłam, że nadal walczy z pokusą prześwitującej koszulki. Ale ja nie mogłam przestać o niej myśleć. Rany! Niech no teraz mnie ktoś zobaczy! Nie dość, że gruba to teraz i goła!
- Czy mogę tu gdzieś po drodze doprowadzić się do ładu? – zapytałam niepewnie. – W hotelu będzie pełno ludzi.
Janusz uśmiechnął się pod nosem. Nadal maszerował, nie patrząc na mnie.
- Zapraszam do mnie. Pożyczę ci jakąś koszulę.
- Och, chętnie. Skoro jesteś taki miły – odetchnęłam z ulgą.
- Naprawdę? – spytał perfidnie przystojniak.
Westchnęłam i potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Kłębiły się we mnie sprzeczne uczucia. Spojrzałam na barczyste plecy. Biła z nich siła i spokój. Z wyższością skrzywiłam usta. Teraz to niby taki wybawca i dżentelmen. Patrzyłam jak podprowadza konia do wielkiego polnego kamienia i wskakuje na siodło.
Pochylił się i podał mi rękę.
Spojrzałam na niego z wahaniem. Ten ludzki i całkiem niewymuszony gest całkiem mnie zaskoczył. Popatrując podejrzliwie, wolno weszłam na kamień, odbiłam się i bezpiecznie wylądowałam za jego plecami.
- Jan Kulesza, dla przyjaciół John albo Janusz – usłyszałam wytworną  i oficjalną prezentację.
Niepewnie objęłam siedzącego przede mną młodzieńca w pasie.
- Justyna Tymiecka, dla przyjaciół po prostu Żastin.
Tété ruszył wolnym kłusem. Poczułam silne ciało. Kiedy ja ostatni raz dotykałam żywego faceta? Chyba z parę lat temu. Podczas kursu tańca...

17.32 – dzielnica mieszkalna w Bois de Vincennes.
Nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że obok sklepu zoologicznego jest ukryte takie cudo.
Wnętrze wyglądało jak mały dworek ukryty w bloku mieszkalnym. Kilka mieszkań zostało połączonych w jedno, ściany wyburzone, a salon... Stare meble, ogromny kominek! Przyglądałam się właśnie kolejnym groźnym łbom, kiedy Janusz wyszedł z męską koszulą w dłoni.
- Tam jest łazienka. – Machnął ręką za siebie.
- Dziękuje.
Wychodząc z pokoju, minęłam znajomego ze sklepu. Rasputin skinął mi sztywno głową i z dezaprobatą spojrzał przy tym na wilgotne plamy, jakie zostawiałam na posadzce.
Łazienka oczywiście była luksusowa urządzona. Na półce przy lustrze stały męski kosmetyki. Mimo woli zarejestrowałam szczegóły świadczące o tym, że nie panoszy się tu żadna kobieta, nie ma nawet po takowej śladu. Powąchałam wody toaletowe i z aprobatą pokiwałam głową. Facet nieźle pachnie. Zaczęłam się przebierać.

 

18.03 - (jak wyżej).

Hol toną w lekkim mroku. Po cichu wyszłam z łazienki i popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Wyglądałam dziwnie w dresach przewiązanych paskiem i luźnej męskiej koszuli. Zaczęłam iść do salonu, gdy usłyszałam przyciszony głos dochodzący z pokoju obok. Ktoś rozmawiał po rosyjsku. Konspiracja w głosie rozmówcy przyprawiła mnie o dreszczyk emocji i przytrzymała przez chwilę w miejscu. Jak się spodziewałam, nic nie zrozumiałam. Westchnęłam i ruszyłam przed siebie. Mijając jedne z drzwi, zobaczyłam kątem oka, jak speszony Rasputin rzuca słuchawkę na widełki i zaczyna udawać, że sprawdza, czy aparat nie jest zepsuty.

Janusz stał z kieliszkiem wina przy kominku w salonie. Tuż obok niego, oprócz kolejnych trofeów, stało zdjęcie. Legwana. Charakterystyczne ciałko jaskrawo-zielone z poprzecznymi, szerokimi i ciemnymi pręgami na tułowiu i ogonie. Wiem, że jestem osobą, która zapiszczałaby "Jakie słodkie!" na widok tarantuli, ale ten legwan naprawdę był ładny. Podniosłam je.
- Nigdy nie widziałam żadnego legwana z bliska.
Podał mi lampkę wina i z naglą żywotnością powiedział:
- A chcesz zobaczyć? Zaraz przyniosę!
Młodzieniec z werwą pomknął na zaplecze i dało się słyszeć jak zwinnie wchodzi po drabinie na poddasze. Nie spodziewałam się takiej reakcji. 

Upiłam łyk wina, rozglądając się za to zaciekawiona po pomieszczeniu i mój wzrok spoczął na starym akordeonie, stojącym na krześle. Przeniosłam instrument na sofę i nacisnęłam kilka klawiszy po boku. Rozległ się powolny dźwięk, jakby z harmonijki uszło całe powietrze. Padające promienie słońca z okna oświetlały go, a ja nie mogłam się powstrzymać od kolejnych nieudanych prób gry. Wyobraziłam sobie siebie jak małą dziewczynkę i roześmiałam się, gwałtownie milknąć. Ale ja jestem infantylna!
Janusz w obu rękach trzymał zielone ciałko, stał w progu ze wzrokiem utkwionym w mnie, uśmiechając się lekko. Nigdy nie miałam okazji popatrzeć na prawdziwego legwana, nie będąc oddzieloną od niego szybą lub siatką. To też, pozostawiłam akordeon i znalazłam się tuż przed nim.
- Jak się nazywa? – spytałam, delikatnie muskając dłonią chropowatą zieloną skórę oswojonego i spokojnego gada.
- Napoleon – odparł cicho.
Uśmiechnęłam się do zielonych ślepiów i pochyliłam głowę, aż warkocz zaczął muskać także schyloną twarz Janusza. Gdy podniosłam oczy, spotkałam się nimi z jego oczyma. Pod czołem drobnym, na które opadła grzywka, stanowczo spoglądały oczy szaroniebieskie, tylko w tej chwili dziwnie zmącone.
Nagle za oknem rozległ się głośny strzał i odgłos tłuczonego szkła. Janusz wręczył mi zielonego Cesarza Francuzów i podszedł do okna. Wychylił się dostatecznie daleko, by zobaczyć w ogrodzie kobietę z pistoletem. No tak...
- Starsza pani strzela do celu – wyjaśnił, rozwiewając moje zaniepokojenie.
Po chwili z rezygnacją usiadł i westchnął rozdzierająco.
- Dlaczego inne matki w pewnym wieku organizują bale dobroczynne, odwiedzają krewnych, a czasem chorują i leżą w łóżku? – Zapytał z nagłym żalem. – Tak! Mają nawet pielęgniarki do opieki. Tylko nie moja! Moja jeździ na safari, strzela do lwów i bawołów!
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z gadem w dłoniach.
- Ona się po prostu dobrze bawi – stwierdziłam niepewnie.
- Nie znasz mojej matki. Ona nie robi nic bez wyraźnego planu. Z pewnością ma asa w rękawie!
- Ślepy by zobaczył, że nie widzi świata poza jedynakiem – mruknęłam stanowczo.
Z własnego doświadczenie.
Janusz zaczął chodzić nerwowo po pokoju.
- Ech, co ty wiesz o matkach jedynaków! To kobry! Dusiciele! O tak łapią człowieka i nie pozwalają oddychać! – Przyłożył dłonie do gardła.
Wyglądał na mocno zdesperowanego. Zniknął gdzieś jego dystans. Jasna grzywka opadła na błyskające gniewem oczy. Za oknem huknął kolejny strzał.
- Słyszysz? Ona się kompletnie ze mną nie liczy. Strzela!
- No, strzela – ugodowo potwierdziłam. – Lubi, to strzela.
- Ale wie, że ja tego nie cierpię! Ona idzie przez życie jak czołg. Wiesz, że gdy wchodzi do pokoju, to zaczyna brakować powietrza?
Co on nie powie...
- Zawsze to samo! Albo ma być tak jak ona chce, albo zostaną zgliszcza.
- Skądś to znam – mruknęłam. – Nie umiesz jej skrzywdzić, a każde „nie”, przyjmuje jak zdradę.
- Właśnie – Janusz pokiwał głową.
- Ja mam poczucie jakby ktoś pisał scenariusz na moje życie, nie pytając mnie o zgodę.
Zły humor wywietrzał, zastąpiło go zaś poczucie oświecenia! Usiadłam gwałtownie. Janusz spojrzał na mnie. Chyba trafnie ujęłam to co właśnie czuł. Moja Mama miała już dokładnie rozpisane sceny z mojego życia i oczekiwała, że zacznę grać główną rolę w tym filmie. A ja uparcie gram cały czas najlepszą przyjaciółkę głównej bohaterki. Nie nadaje się na główną rolę, ot co! Albo po prostu nią nie chce być?

12.00, poniedziałek – supermarket „Champion”.
Tłum czytelników powitał Agatę brawami. Klienci marketu przystawali z zainteresowaniem, brali książki do ręki, oglądali, niektórzy wkładali do koszyka. Po pierwszych zdawkowych rozmowach Agata starała się skoncentrować na twarzach ludzi, którzy stanęli w ogonku po autograf. Wyczarowała kolejny uśmiech dla kobiety, która rozłożyła przed nią książkę.
- Nawet szybko to idzie – zagadnęła.
Nie odpowiedziałam. Stałam z boku pogrążona w rozterkach z smętnie zawieszonymi ramionami. Agata miała dość rozumu w głowie, aby nie komentować mojej postawy.
- Pocałuj go – poradziła pewnym siebie głosem.
- Zgłupiałaś?! Tak nisko jeszcze nie upadłam – żachnęłam się. – To facet ma zabiegać o kobietę i ją całować.
Nawrócona miłośniczka męskich goleni najwyraźniej się zniecierpliwiła.
- Ja mówię do ciebie metaforą! – Tłumaczyła dobrze wkurzona. – O tym pocałunku mówię metaforą. Jako uduchowiona osoba powinnaś mnie, pisarkę, lepiej rozumieć.
Poddałam się.
- Wybacz, ale ja nie kumam. O czym ty, do diabła, mówisz?
- Pocałunkiem sprawdzasz, czy żaba zmieni się w księcia, czy może książę zmieni się w żabę! – Agata z przejęciem zaczęła mrugać oczami. – No taka metafora, przecież mówiłam, że metaforą mówię, kurczę blade!
Nadal nie umiałam pojąć istoty pocałunku metaforycznego. Skupiałam się jak mogłam, ale wyobrażenie sobie metamorfozy żaby w Janusza i Janusza w żabę wcale mi nie wychodziła.
Po drugiej stronie stał Maurizio, w zastępstwie Nino. Patrzył tylko ponuro przed siebie.
- Ja ogólnie mam już dosyć – jęknął. – Jeśli Nino nie wróci, wszystko się rozleci! Jak on mógł mnie tak zostawić! To ostatnie z zaplanowanych przez niego spotkań. Co mam robić dalej? Nigdy nie dopuszczał mnie do swoich planów, a teraz myśli, że obudzi się we mnie Einstein? Albo Bill Gates?!
Agata z sympatią pogłaskała go po ręce, ja wolno wsunęłam się między nich.
- Czy wykorzystując fakt, że Nino jest na urlopie... sprzedasz moje udziały? – zapytałam nagle.
Maurizio zbladł.
- Jak to?
- Chciałabym wyjechać z Francji. Daleko i na dłużej. – zaczęłam powoli.
Agata popatrzyła na mnie z żalem.
- Ja muszę coś zmienić w moim życiu, naprawdę – tłumaczyłam cierpliwie. – Oddaje ci swoje udziały. Wycofuję się.
Pokiwała na zgodę głową.
- Nino mnie zabije! – jęknął Maurizio, teatralnie tłukąc głową w stół. – Czemu ja tak ryzykuję życie?
- Czy to znaczy, że rozwiążesz kontrakt?
- A czy ja mogę ci odmówić?
- Dla kogo? – Agata wróciła do autografów. – Dla Julietty... Proszę bardzo. Dziękuje. A pani, jak ma pani na imię?
Westchnęłam, stojąc koło wielkiego szyldu z fotografią taniego mięsa wołowego. Dostrzegłam naprzeciw mnie lustro sklepowe i zaczęłam poprawiać sobie grzywkę, kiedy zauważyłam, że ktoś stoi koło mnie.
- A mogę autograf od pani?
Zamarłam i obróciłam się.
- Dla Janusza... - Stał tuż za mną i uśmiechał się. - Jeśli można prosić.
Świat stanął w miejscu. Agata niechętnie zerknęła na nas z ukosa.
- Robimy sobie małą przerwę – poinformowała i odpłynęła w nieodgadniony kierunku. – Maurizio przynieś kawę.
Janusz zabrał ze stolika pióro i twardo trzymał przede mną mój kalendarz.
- Nie mów, że go przeczytałeś. – Wskazałam na zieloną okładkę.
- Przeczytałem.– Przyjrzał mi się uważnie. - Wszystko okay?
- Nigdy nie czułam się lepiej.
- Tak, wiem. Silna kobieta – Janusz pokiwał głową z tym swoim nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Nie jestem silną kobietą. – Zabrałam mu kalendarz i spokojnie zajrzałam w oczy.
- Jesteś. – Janusz popatrzył na mnie z góry. – Poczęstujesz mnie trochę kawą?

13.15 – nadal supermarket „Champion”.
Stolik był schowany za książkami. Przez dłuższą chwilę słychać było jedynie szmer głosów z kilkunastu telewizorów. Byłam na siebie zła, że serce mi bije jak oszalałe. Janusz rozejrzał się ostentacyjnie po sklepie.
- Podpisywanie książek w takim miejscu. Jak zwykle niekonwencjonalnie.
- To jeden z pomysłów Agaty i Nino. Na szczęście ostatnie. Maurizio rozwiąże z Agatą kontrakt.
- Agata odchodzi z wydawnictwa? Ale dlaczego? Nie będzie już pisać?
- Będzie – poinformowałam. – To ja sprzedaje swoje udziały. Chce się pozbyć prasy. Spokój, spokój, spokój...
- Świetna teoria.
- Ja to właśnie wprowadzam w życie. Zacznę od długiej samotnej podróży. – Spojrzałam na niego zaczepnie.
Janusz przyjrzał mi się z powagą. Podniósł filiżankę i upił łyk niesmacznej sklepowej kawy.
- Cóż, jeśli mowa o długiej podróży. Chciałbym zaprosić cię na bal. Bardzo huczny i bardzo snobistyczny w części pałacowej Luwru – powiedział jednym tchem.
- Jak bardzo huczny i snobistyczny? – spytałam dzielnie i dowcipnie.
Janusz odrzucił z serdecznym śmiechem głowę do tyłu.
- Tak, że bardziej się już nie da. Nie wiem, jak to wytrzymam. I pomyślałem, że gdybyś tam była, to chyba łatwiej to zniosę. Nie znam drugiej osoby takiej jak ty. – Spojrzał mi ciepło w oczy.
- Kiedy?
- Za półtora miesiąca.
Chciałam już powiedzieć, że niestety na pewno w tym czasie będę w mojej samotnej długiej podróży, ale rozmowę przerwał nagły dźwięk gwizdków. Wyjrzałam zza stosu książek.
Drzwi supermarketu otworzyły się szeroko i do środka wpadła fala ludzi. Tuż za nimi wmaszerowała nieodłączna ekipa telewizyjna RAI UNO. Na kilku ekranach monitorowej ściany ukazała się informacja, że przekaz idzie na żywo. Gdy jedna z kobieta zobaczyła mnie, uniosła do ust tubę megafonu i zagrzmiała:
- Jako obrońcy wartości rodzinnych protestujemy przeciwko pornografii i zgnilizny moralnej! Ta książka to dzieło szatana! Żądamy wycofania nakładu.
Starsze panie zaczęły podpalać mały stosik z książek Agaty. Zewsząd w ich stronę ruszyli ochroniarze, niektórzy z gaśnicami.
- O jasna cholera! – To było jedyne, co Agata zdołała z siebie wykrztusić.
Maurizio nieudolnie próbował pertraktować:
- Drogie panie, drogie panie! To nie tak...
- Moje książki! – Agata rzuciła się do stolika.
Dwóch ochroniarzy uruchomiło gaśnice. Bryzgi piany pokryły stos książek i ochlapały panią z megafonem. Kilka staruszek w berecikach rzuciło się z odsieczą. Dwie zawzięcie okładały torebkami pracownika ochrony, który celował gaśnicą w płonący stos. Strażnik odwrócił się zaskoczony, a wtedy strumień piany niespodziewanie zamienił Maurizio w białego bałwanka. Do walki zaczęli przyłączać się klienci. Po chwili w supermarkecie wyły syreny alarmowe uruchomione dymem z gasnącego ogniska, część ludzi uciekała w panice, a część kłóciła się z wojowniczymi aktywistkami. John pomagał mi przekładać książki pod stolik. Długie do ziemi zielone sukno dobrze je zakrywało.
- Wskakuj – pociągnął mnie za rękę, wskazując miejsce pod blatem.
Zaraz też sam do mnie dołączył. I choć spod stolika widzieliśmy tylko fragmenty zamieszania, resztę mogliśmy oglądać na ścianie z telewizorami.
- Co robimy? – spytałam, patrząc na nogi bijących się ludzi.
- Chyba mimo szczerych chęci zaczynasz grać główną rolę w tym filmie – roześmiał się Kulesza.
Objął mnie ramieniem. Inaczej nie zmieścilibyśmy się pod stolikiem.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie – zaczął niepewnie po chwili.
- Nie mam sukienki – uświadomiłam mu. – Ani butów, ani torebki, ani żadnej biżuterii, ani...
Tymczasem przed stolikiem dwie starsze pani szarpały zawzięcie ochroniarza. Jedna okładała tego postawnego mężczyznę po ramieniu, a druga, uczesana w grzeczny kok, biła go torebką po plecach. Z godnością przyjmował ciosy, patrząc tylko z góry na staruszki. Wreszcie pani w koku, dosyć zziajana, wychyliła się zza jego pleców do swej towarzyszki.
- Kazia! Zdziel go, wiesz gdzie! – krzyknęła.
Starszą panią jakby olśniło. Bez zbędnych słów uderzyła torebką w krocze. Biedak spojrzał w niebo i zgiął się z bólu.
Oboje z Januszem jęknęliśmy współczująco razem z nim. Cała scena rozgrywała się niemal przed nami. Przebiegająca obok Agata zaczepiła o sukno, które zsunęło się, odsłaniając nas. Pisarka zmrużyła oczy, widząc mnie wtuloną pod ramieniem Janusza.
- Justyna! To była metafora, no!
No świetnie.
- To pójdziesz ze mną na bal, Żastin? – szepnął mi do ucha.
Oboje nadal utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy z Agatą.
- A mogę się zastanowić? – spytałam.
- Nie – odparł twardo.
Dupek, czytał mój kalendarzyk i myśli, że teraz zna na mnie sposób. Tak, mi się nie powinno dać czasu na zastanowienie. Ze mną trzeba delikatnie, ale stanowczo. Rozważę wszystko tak szczegółowo, wynajdę takie rzeczy, że strach myśleć. To się nazywa nadinterpretacja. Ale potem jestem konsekwentna i trzymam się swojej decyzji. Tylko najpierw trzeba mnie do niej zmusić.

„Bo kiedy bież, to bież, a gdy upadnie, to leży!” – oto nowe motto.

Problem polegał jednak na tym, że dobrze wiedziałam, że lepiej sobie na nic nie robić nadziei. Miłość do facetów jest jak miłość do sernika. Godziny tortur na siłowni i walki z brzydkim tłuszczem w zamian za chwilę błogiego spełnienia.
A może jednak nie jest tak źle? Janusz wydaje się dojrzał. Nie potrafiłam tylko określić, do jakiego stopnia. Prawdę mówiąc, niewiele o nim wiedziałam. A to, o czym zdołałam się dowiedzieć, nie budziło ufności. Doświadczenie nie pozwalało mi ślepo wierzyć w kogokolwiek.
Właściwie im dłużej o tym myślałam, tym większą zyskiwałam pewność, że “miłość" nie jest tu właściwym słowem. Może powinnam powiedzieć “zauroczenie". Tak, byłam zauroczona, nie ma wątpliwości.
Janusz pogładził mnie po włosach i pocałował nad uchem.
- To jak, Justynko?
- Dobrze.
Zauroczenie? Cholera, kogo ja oszukuje?


Na wstępie: przepraszam, za próbę rosyjskiego w rozdziale. Droga Pani Bies, proszę nie strzelać! Carmen twierdziła, że "to c to takie t z językiem przy zębach, ale w przybliżeniu to nasze polskie ć". Ale winę biorę na siebie, bo nigdy z rosyjskim styczności nie miałam, a Rosjanin to debiut w całej mojej twórczości.

Koniec wstępu!

Polecam do rozdziału ten utwór.

Okey, poza tym to nie umiem nadać legwanowi innego imienia niż Napoleon. Po prostu jak widzę legwana to on musi być Napoleonem.

Kto oglądał "Zaplątanych"? Tak, tam jest moja inspiracja do postaci Justyny. Bo właściwie do mnie samej nigdy żadna księżniczka nie pasowała.

Podsumowując… Radykalne zmiany! Laptop zamknięty w biurku (dnia 6.12.10) i (o zgrozo!) sama go tam zamknęłam… Kwiatki na biurku odżyły (Marcel - peronia, Echiviera - echiviera i Kaktusik Mały Joe), biurko odżyło i stary PC wrócił do łask. Ja też odżyłam na Święta i sama jestem zdziwiona, bo w moim jestestwie nic nie zaszło takiego abym była zmuszona do takich zmiany… Zaczęłam się nawet malować co zostało posądzone (jakże niesprawiedliwie!) o posiadanie chłopaka. Na Andrzejki skleiły mi się dwie karteczki, potwierdzam. Januszek jest tu, a ten drugi ma cały rok, żeby się pojawić ^^ Najwyżej za rok wylosujemy inne imię :P

For Wredotto Italiano: So plox, can you click „ctrl” + “f” and write “marek” there? You will see that your polish part of soul is here. You don’t need to thank me.

PS Nie powinniście się martwić o Tatę. Nie uśmiercę najbardziej dochodowej postaci, no heloł!

[Edit po komentarzu Carmen: 21:00:28 14/12/2010] Rosyjski porażka, zapomnijcie, że to czytaliście. Zostawiam niepoprawione jako dowód, że to jedyny język do którego mam się nie pchać xD

 



Deatis 19:17:46 14/12/2010 [1] zamów cappuccino


***
Pani Carmen || http://katiacereatti.blog4u.pl/

Przerwałam w połowie czytania, gdyż obawiam się,że wszystkiego nie skomentuję tak jakbym chciała. Tak więc zacznijmy od pierwszej sceny. Pierwszego opisu. Klub dla Nocnych Marków. O Lol przez duże L. Twój ojciec – Arkadiusz (co teraz po latach nieco dziwnie brzmi xD) jakoś znikł w tej sytuacji. No taki niewinny, cichy sobie siedział za stołem i nikt go nie słuchał. Czekaj, jakieś mi się porównanie nasunęło jak oni tak wybiegli (think) kurcze, zapomniałam -.- Może się przypomni x.x No nic…. tym rodzajem śmierci to mnie rozwaliłaś. Poza tym, w tym momencie to Arkadiusz był boski. Taki jakiego lubię :D
Nie bardzo mogę rozszyfrować twoje zamiary do Custodio. Jak dobrze kapuję to ci się podoba i na niego lecisz, ale on na ciebie nie. Czyżby drobność hiszpańki zainspirowana ostatnią betą Carmen? :D No wiesz, jak dla mnie to ten cały Custodio jest obojętny. Jakoś nie uważam go za postać jakąś istotną, co w sumie chyba powinnam robić. To że jesteś przy kości to miało znaczyć dlaczego z tobą nie jest? Jeśli to jest fragment tej waszej rozmowy nie powiem z kim, no to się on udał. Lol. Zaraz…. Lilian… a nie, dobrze. To kobieta xD Bo już myślałam, ze facet hahaha. Rozwaliłaś mnie tekstem gdzie, do jasnej cholery, się włóczę i jaką chce zapiekankę idealne połączenie słowne ^^ hahaha
A tu się dowiedziałam ciekawej rzeczy. Bo Agata jest lesbijką? Tzn chyba BI i na dodatek kręciła z facetem i babką na raz xD Ty to masz wyobraźnię. A rezygnacja z sosu czosnkowego to faktycznie wieeeeeelkie wyrzeczenie. No ogromne. Monstrualne. xD O Lol, ale Ci Agata pojechała z obrażoną ambicją hahaha.
Uczepiłaś się tego wyglądu -.- Gesslerowa jest gruba, a jaka z niej ładna lala :D Poza tym masz zajebiste cycki :D
Budzi się we mnie fryzjer. Boże jak to groźnie zabrzmiało hahaha. Ale Nino ma rację. Nie można wciągać się nawzajem w depresję. To jest choooore. Nom, chłopa ci trza i ostrego seksu :D
ojojoj… z tym ruskim to ci nie wszyło. a jaj xD W ogóle zacznijmy od tego, że jak się ma słowo Rozumiesz do tego wszystkiego? Dla mnie nie ma logiki. Co ma rozumieć? Że ma coś do cyrlicy? Można dać, że Co ma Pani do Cyrlicy? – zagrzmiał – Aaa… ty nie panimajesz eta. No i trzeba zaznaczyć, że się to ODMIENIA. Czasowniki się odmieniają. Bo ten młody powiedział: Sądzić, że zapamiętać xD Czyli: Njet, ja pani maju (nie, ja rozumiem). Dumaju, że zapamiętam. I z C to ja bym nie uznała za duży błąd. Sama powiedz na głos dumac i dumać i wsadz sobie raz język między zęby i powiedz c. Hmm… dobra, niech się tam dochodzą xD Sama nie wiem kto ma rację hahaha.
Janusz. Taki chłopak. Nie wiem jak wygląda, czy jest przystojny czy nie. jakie ma oczy, jakie ma włosy, czy ma ładny uśmiech, jaki ma głos, ile ma lat? Tak na oko? Nie istotny ten facet czy jak? xD Jaaaaa wiem, że istotny ^^ tak się tylko droczę. A ta broń i jego krzyk, że upolowała jego matka mnie rozbroił. Tak zagrzmiało to po mięsku (xD) Ja bym tam ze strzelbą latała… jakbyś się tak zwierząt nie bała x.x
ofc o Lol xD ale ześ dała tłumaczenie. no normalnie szał xD
Długo czekasz? Nie, tyle ile normalnie inni ludzie czekają, aż coś zadzwoni w wodzie. Co to jest to tete?
Świetny ten Nino hahaha….. AA… to tete to koń xD ekhm… wierzchowiec biały :D Dobra, pojawiło się słowo przystojniak. Jesteś uratowana xD Jakby mi facet przyniósł legwana to bym uciekła z krzykiem xD Boże, jak ja kocham jego matkę *klaska radośnie w dłonie*… i to jest dziwne Oo Dobra, a huk tam. Lubię jego matkę! Kocham jego matkę! A on tego nie docenia x.x Chciałabym sobie na starość postrzelać do kaczek :D
Rozwaliła mnie Agata z metaforami xDDDD Skąd ty bierzesz takie pomysły. Te sceny ci wyszły takie realistyczne!
A co tam kurwa robiła włoska telewizja?! O lol, ale bitwa… Kazia zdziel go wiesz gdzie hahaha
o matko, ale motto
Gwoli ścisłości, to co napisałaś taki bemol mały to się nazywa znak miękki jeśli dobrze pamiętam i on zmiękcza literę, która jest przed nim.
O kurde, jeszcze Marko miał swoje zdanie wygłosić. Oo hahaha, ale bajer… hahaha…. musze mu powiedzieć hahaha. O kurde. no boskie !


Copyright 2010-2012 by Giovanna.
Html based on CamiShoot.
That's why it is so...Passione!