Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział 3 - Puta madre Home Chomik Arch Giovanna

Rozdział 3 - Puta madre

00.00 - Gdzieś w Iraku...
My Polacy wyróżniamy się czterema stylami poczucia humoru. Styl wzmacniający wewnętrzne „ja” służy radzeniu sobie ze stresem. Polega na utrzymaniu humorystycznego dystansu nawet w obliczu życiowych wyzwań, poprawiania sobie nastroju dzięki reakcji na zabawne absurdy dnia codziennego. Broni przed lękiem, zwątpieniem i utratą sensu istnienia. Styl agresywny jest wymierzony w innych. Używa się go w celu zranienia, zastraszania lub manipulowania. To humor prześmiewczy, obraźliwy, napastliwy. Styl poniżający „ja” służy zdobyciu czyjejś akceptacji za wszelką cenę – nawet kosztem umniejszenia własnej wartości. To naśmiewanie się z samego siebie. Styl afiliatywny jest skierowany ku innym, dostarcza także indywidualnych korzyści – pozwala podnieść swoją atrakcyjność. Wyraża się tendencją do dzielenia humorem z innymi, opowiadania im dowcipów, rozśmieszania ich.
- A tam, najwyżej wysadzisz nas w powietrze, córuchna.
Saper spojrzał na mnie z dziecinnym uśmiechem. Osobnik, który zalicza się do stylu pierwszego i ostatniego (styl wzmacniający „ja” i styl afiliatywny), bo normalny człowiek zareagował by na bombę kasetową ZK-300 ździebko inaczej. Dla takich ludzi jednak nic nigdy nie jest groźne. Nawet niewybuch ZK-300.
- No, ale to może naprawdę wybuchnąć.
Ojciec prychnął i kopnął parę razy w cienką metalową ściankę, a potem postukał lufą swojego karabinu maszynowego. Jakby to był stary samochód. Tym czasem z oddali dobiegły nas długie serie z broni maszynowej. I wtedy uświadomiłam sobie, że ZK-300 pika. Jak w filmie z Louisem de Funèsem! Tylko teraz jak dojść czy jestem Gerber czy Cruchot? Ale to sen, więc to ja wybieram. Zmaterializowały się nawet obcęgi do przecięcia kabelka. Metalowe drzwiczki otworzyły się z łatwością, a teraz tylko przeciąć nieb...
- Tnij czerwony – stwierdził ojciec.
Zamarła.
- Czerwony?
Jedna pomyłka i booom! Na ogół jeżeli już spadasz, to na samo dno i na zawsze. Tutaj w snach chyba też tak jest.
- Czerwony! Zaufaj mi, tnij czerwony!
No skoro ojciec jest tego pewien. Ale w filmach zawsze jest niebieski, chociaż zależy jaki się oglądało. Aww, no to tniemy. Czerwony, tak? Chwyciłam za mały nożyk, zamknęłam oczy i...
- Ha! Znowu dałaś się nabrać – z oddali dobiegł odgłos wybuchu, a gdzieś blisko usłyszałam nieodzowny śmiech. – to jednak miał być niebieski, córuchna!

8.00 - Paryż, pokój 37.
Sny to nie wspomnienia. To nadzieje i lęki. Oznaki stresów przeżywanych w życiu. Niestety mój sennik nie posiada hasła „Irak” ani „ZK-300”. Ludziom się takie rzeczy nie śnią! Musiałam nacieszyć się tym:

Wojna: przeżyjesz wielkie zdenerwowanie lub nadciąga nieszczęście
Bomba: nieszczęście zapanuje w Twoim domu
Wybuch: pożar spowoduje wielkie zmiany w rodzinie
Zdrada (Ciebie zdradzono): zakończą się Twoje smutki i wszystko ułoży się dobrze

Wychodzi na to, że będzie kiepsko, źle i jeszcze gorzej, a potem nagle wszystko się ułoży. Sny spełniają się do trzech dni. Chyba to wszystko nie zwali się na mnie w przeciągu tak krótkiego czasu? To by było niemoralne.



11.00 - pokój 38.
- Francuzi są dość bezwstydni, jeśli chodzi o opowiadanie niepoprawnych dowcipów. Jest wiele kawałów o skąpych mieszkańcach Owernii, Szwajcarach, którzy wolno mówią, i mniej inteligentnych od Francuzów Belgach. – Wyciągnął w moją stronę paczkę chipsów. – Weźmy na przykład ten o Belgu, który wpada do szybu windy. Spadając, myślał sobie (z gardłowym, belgijskim akcentem): hej, nie jest źle. Wcale nie boli. Nie, wciąż nie boli. Nadal nie boli. Ciągle nie boli. Au!
Żart nie był śmieszny, ale sposób w jaki mój nowy znajomy go powiedział i jego mimika sprawiły, że naprawdę miałam ochotę się roześmiać. Nie mogłam powstrzymać się od cichego chichotu, który pod wpływem jego wzroku starałam się zakamuflować kaszlem. On mi tu mówi o poważnych rzeczach!
- Nie śmiej się, bo sama możesz zmienić się w takiego Belga. Kiedyś o mało nie spadłem z takiego rusztowania.
Oboje przez chwilę chrupaliśmy chipsy i spoglądaliśmy w dół. Nedeloch jest jednym z profesjonalistów, którzy właśnie odnawiali ściany hotelu. Kiedy siedział na deskach, ustawionych przy ścianie, mogłam go oglądać w całej okazałości tuż przy szybie. Ot typowy sąsiad z południowego-wschodu. Średniego wzrostu, mocno zbudowany, nawet trochę pulchny (no, powiedzmy: misiowaty). Włosy ma natomiast mało wschodnie - dłuższe, puszyste, naturalnie poskręcane w burzę ciemnych, ale niezupełnie czarnych loków. Czułam się jak w groteskowej scenie, kiedy księżniczka rozmawia z architektem swojej wieży. Trzecie piętro to nie przelewki.
- Będziesz przez dobre parę miesięcy oglądać moje buty – pustą już paczkę zawinął w kostkę i rzucił do worka. – Dobrze, że tu nie mieszka żadna Francuzka. Im się zawsze wydaje, że my nie mamy co robić i pooglądamy je. Jakby było na co patrzeć, a potem taka idzie do kierownika!
Uśmiechnęłam się. Ja nie pójdę do kierownika. Za nic w świecie! Aż doprawdy żal mi było wychodzić dzisiaj na miasto...

14.00 - La Pagode, Siódma Dzielnica przy 57bis rue de Babylone.

Na salę weszliśmy (z Agatą, Mia i Flavio) jeszcze przed reklamami, nie można się było na nie spóźnić, bo o ile my wszyscy chodziliśmy na filmy, o tyle mały Flavio zdecydowanie wolał reklamy. Nie było zbyt wielu osób, przeważali tatusiowie z dziećmi, którzy wpatrywali się w Agatę, dopóki nie zgasło światło. Kiedy zapadła ciemność, a na ekranie pojawiły się napisy początkowe, na sali zrobił się lekki rumor - trzech tatusiów zostawiło potomków na swoich miejscach, a sami chyłkiem przemknęli w naszą stronę. Chyba wywiązała się niema walka o fotel jak najbliżej mojej przyjaciółki, bo słychać było gniewne posapywanie. W końcu ktoś cicho jęknął i zaklął pod nosem. Miejsce obok zatrzeszczało i poczułam bardzo mocny zapach męskich perfum. Jak tak dalej pójdzie, Agata wywoła w Paryżu masową histerię. Po filmie zwycięsca oczywiście próbował zaprosić ją na kawę, ale nagle przypomniał sobie o swoim synku, który właśnie stanął obok i zaczął marudzić, że chce do mamy. Dzieci potrafią być okrutne...
Na moście spotkałyśmy wesołą grupkę Hiszpanów, którzy uśmiechali się do nas radośnie, wymachując pustymi butelkami po winie. Raj dla każdego turysty, dlatego ciągną tu tabunami, utrudniając nam życie.
- ¡Hola chicas! ¡Qué guapas estáis! ¡Qué sorpresa! ¿Que réis ir a la disco? No, no, ¡mejor a nuestra casa! ¿Acaso al hotel? ¿Cuánto se paga por hora? Yo me llevo a la de la izquierola, ¡qué buen culo!(1)
Agata zamarła i obrzuciła ich nienawistnym spojrzeniem.
- Co oni mówią? – spytałam cicho.
Wyglądała tak, że jakby miała mi to teraz przetłumaczyć to dostałaby apopleksji.
- Pytają o drogę. – Wyjaśniła spokojnie. - Zaraz im wyjaśnię, jak dojść do Eiffla. Spojrzała na nich z przemiłym uśmiechem i przyjacielskim tonem (Oscar dla tej pani za genialny wstęp przed własnymi przyjaciółmi!) odparowała: - Tíos, podéis hablar de tal manera con vuestras madres, pero no con las mujeres en este país. Entonces tomad vuestras pollas y lárgaos, puta madres, rapidamente. No me importa nada que váís a hacer, pero podéis olvidar, puta madre, a ofender, cabrones, las mujeres. Y buenas noches, ¡hijos de puta!(2)
Jej fantazja nie znała granic, więc za każdym razem, wymawiając „puta madre”, pokazywała w stronę perełki Paryża. Miałam wrażenie, że chce przed nami zachować pozory.
Tym czasem zapadła cisza absolutna. Turyści stanęli jak wryci. Ojej, jednak ktoś w tym ciemnym kraju włada cywilizowanym językiem. Spojrzałam na Agatę, która wciąż jeszcze uśmiechała się jak diabeł, wzruszyłam ramionami i ruszyłam przed siebie. Chyba muszę się nauczyć hiszpańskiego.
- Idziemy? Nawet ci nie podziękowali, barbarzyńcy.
- No właśnie – Agata fuknęła dumnie, - nawet mi nie podziękowali.
Mała Mia chwyciła mnie za rękę i zaaferowana, powtarzała, że koniecznie musi pójść na kurs hiszpańskiego, żeby mówić tak jak przyrodnia siostra. Stwierdziłam, że to dobry pomysł, a Agata nie odpowiada przez skromność. Ożywił się nawet senny Flavio, który z urokiem siedmiolatka zapytał:
- Ciociu Agato, czy wieża Eiffla po hiszpańsku to „puta madre”?
- Te dzieci to potwory zawsze słyszą to co nie trzeba – szepnęła cicho Agata i dodała głośniej. – Nie, kochanie, to takie słówko... pomocnicze.
Na szczęście Flavio zawiesił się na znaczeniu słówka pomocniczego i znów zapadł w letarg. Za to aż do samego domu Mia podskakiwała, podśpiewując pod nosem: puta madre, puta madre.


18.00 - Café Dalida.
Kiedy wyrzuciłam resztki chleba trzem czatującym wróblom, które natychmiast zaczęły gwałtownie wyrywać sobie okruszyny, zdałam sobie nagle sprawę, że na przy drugim pustym stoliku siedzi jakiś chłopak. Zauważyłam go już wcześniej kątem oka, ale mając zajętą głowę świetnymi planami na przyszłość, nie przyjrzałam mu się dokładnie. To, co widziała teraz (zezując z boku), bardzo mi się podobało. Był to przystojny chłopak, z ciemnymi włosami, silnie zarysowaną brodą i niezwykle błękitnymi oczami, które, jak się mi zdawało, wpatrywały się we mnie od jakiegoś czasu z ukrytym podziwem.
Nie mam żadnych zastrzeżeń do zawierania znajomości w miejscach publicznych. Uważałam się za doskonała znawczynię ludzi, potrafiącą odróżnić wszelkie objawy zuchwałości ze strony nieżonatych mężczyzn.
Uśmiechnęłam się szeroko, a chłopak odpowiedział na mój uśmiech jak pociągnięta za sznurek marionetka.
- Dzień dobry - odezwał się. - Ładnie tutaj. Często tu przychodzisz?
- Właściwie codziennie.
- Co za pech, że nigdy przedtem tu nie zaszedłem. To był twój lunch?
-Tak.
- Za mało jesz. Umarłbym z głodu po marnych dwóch kanapkach. A gdybyśmy tak poszli na kurczaka z ryżem tutaj niedaleko?
- Nie, dziękuję. Najadłam się. Nie mogłabym już nic przełknąć.
Oczekiwałam, że powie: “Może innym razem", ale nie powiedział. Westchnął tylko i dodał:
- Mam na imię Santoso, a ty?
- Justyna – spojrzałam na niego uważnie. – A skąd jesteś?
Santoso jednak wydał okrzyk zgrozy, spoglądając na zegarek.
- Muszę lecieć do mojego przeklętego szefa... a ty?
- Chyba będę nudzić się w hotelu.
- Och, to okropne - powiedział Santoso z prawdziwą troską. – Justyna jest naprawdę cudowna.
Przyjęłam komplement z pełnym zadowolenia uśmiechem.
- To skąd jesteś?
- Z Azji, a Justyna pewnie z Europy?
- Z Polski.
- Polska, to jest coś! - stwierdził Santoso z zazdrością w głosie.
- Azja ma ponda pięćdziesiąt krajów. – Zauważyłam z uśmiechem. – Chyba nie każesz mi zgadywać?
Santoso odpowiedział mi zagadkowym spokojnym uśmiechem. Ile on może mieć lat? Klasycznie, jak mi się wydaje, japońska, okrągła jak księżyc w pełni, wiecznie młoda twarz nie zdradza wieku.
- Justyna powinna się nie poddawać.
- Rosja? Chiny? Japonia?
- Zimno. Tam gdzie mieszkam wiecznie pada – wyjaśnił smutno. – I nie ma śniegu.
Pokiwałam głową ze współczuciem. Santoso mówił dalej z goryczą:
- Ludzie na marginesie. Wyłączeni. I jest sześć godzin różnicy z czasem Europejskim. No, muszę lecieć... ale... czy byłabyś zła... czy nie uznasz tego za bezczelność... gdybym...
Szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia, gdy Santoso, jąkając się i czerwieniejąc, wskazywał na aparat fotograficzny.
- Tak bardzo chciałbym mieć twoje zdjęcie. Widzisz, jutro jadę odwiedzić rodzinę.
- Do Kambodży? – spytałam cicho z wyraźnym rozczarowaniem.
- Justyna powinna próbować dalej. - Santoso uśmiechnął się na moment, ale potem znowu spoważniał. - Naprawdę wolałbym nie jechać... teraz. Jeszcze dziś rano byłem szczęśliwy... Znalazłem sobie tę pracę.
- Co to za praca?
- Dość okropna. Kultura... poezja, tego rodzaju rzeczy.
- Co ty właściwie robisz?
- Na dobrą sprawę, jestem chłopcem do wszystkiego. Ale liczę na szybki awans.
Nie byłam w stanie dodać mu otuchy, ale raczej jej nie potrzebował.
- Sama widzisz – zakończył Santoso. - Jeśli nie masz mi za złe... jedno z profilu i jedno enface... ach... wspaniale...
Rozległy się dwa pstryknięcia i chętnie zamruczałabym jak kotka z zadowolenia, jak każda młoda kobieta, która wie, że zrobiła wrażenie na atrakcyjnym przedstawicielu odmiennej płci.
- To naprawdę okropne, że muszę wyjechać akurat teraz, kiedy poznałem ciebie - powiedział Santoso. - Korci mnie, żeby machnąć na to ręką... ale chyba nie mogę... tak w ostatniej chwili... po tych wszystkich obrzydliwych formularzach i wizach, i w ogóle. To nie byłoby najlepsze zagranie.
- Może nie będzie tak źle, jak myślisz - pocieszyłam go.
- No, nie wiem - rzekł z powątpiewaniem Santoso. - Do widzenia, Justyno. Partir, c'est mourir un peu - dodał z mocnym azjatyckim akcentem. - Te francuskie fircyki znają się na rzeczy. Nasi tylko plotą bzdury, że rozstania są rozkosznym cierpieniem, głupie osły.
- Powodzenia!
- Założę się, że już nigdy o mnie nie pomyślisz.
- A może się mylisz...
- Justyna jest zupełnie inna od wszystkich dziewczyn, które znałem. Chciałbym tylko... - Zegar wybił kolejny kwadrans i Santoso zawołał: - O rety... muszę lecieć...
Ulotnił się błyskawicznie i zniknął w wielkiej paszczy paryskiego metra. Zostałam sama przy stoliku. A moje myśli biegły dwoma odrębnymi torami.

21.00 - nadal Café Dalida.
Chciałam się pożegnać z Agatą, ale nigdzie jej nie było. Podobnie jak dziewczyny z oczami wypłosza. Love is everywhere, kochana, a ty znowu prosto do hotelu. Na ulicy wybiegł jeszcze za mną barman, w pierwszej chwili przestraszyłam się, że to ja miałam zapłacić za to całe jedzenie, które spałaszowałam tego wieczora, ale na widok bukietu uspokoiłam się. Po prostu zapomniałam zabrać ze sobą te badyle, które uczynni znajomi poprzynosili na wernisaż. No to gdzie jest ten postój taksówek? Najbliżej chyba koło katedry albo koło...
- Może cię podwieźć?
Chryste Panie! Jeszcze tylko zboczeńca brakowało. Cóż, a jednak nie. Zamiast lubieżnego typa o złych zamiarach w za długim płaszczu stał przede mną Custodio w sztruksowej marynarce, z kluczykami od samochodu w ręku.
- Miałem już odjeżdżać, kiedy zobaczyłem jak idziesz do Notre-Dame. Może przynajmniej odwiozę cię do hotelu?
- Nie, poradzę sobie sama. Muszę tylko dojść do tamtego postoju. – Machnęłam ręką w kierunku katedry, zapominając zupełnie o kwiatach, które momentalnie rozsypały się na ziemi. Świetnie...
- Nie chcę się narzucać, ale zdecydowanie lepiej będę się czuł, jeśli tym razem dla odmiany zrobię coś pożytecznego. Wrzuć to zielsko do bagażnika i powiedz, w którą stronę mam jechać.
Zielsko, też coś! Moje piękne łososiowe róże i białe piwonie, i chabry, i niebieskie chryzantemy. Chryzantemy? W dodatku niebieskie? Nie znoszę tych kwiatów, to nie kwiaty, to chwasty! Zielsko!
Poddałam się i wsiadłam do samochodu. Tylne siedzenie było zawalone stosem przeróżnych rzeczy, od książek po puste butelki po mineralnej. Cóż, z pewnością nie jest psychopatą, daleko mu do maniaka z obsesją na punkcie porządku.
- To dokąd?
- Do Hotelu Westin, na Rue de Rivoll.
Kiedy prowadził, zerkałam ukradkiem na jego profil. Gość jest całkiem przystojny, właściwie szkoda, że jego uroda musi się marnować dla kobiet. Gdyby nie to, że jest gejem, sama z przyjemnością zaprosiłabym go na górę. Zatrzymał się przed hotelem i wyskoczył, żeby powybierać kwiaty z bagażnika. Zanim wygramoliłam się z samochodu, starając się przy okazji znaleźć klucze w mojej torebce, stał już z całym naręczem przed bramą.
- Mam nadzieję, że nie mieszkasz na ostatnim piętrze. Moje poczucie obowiązku wobec twoich butów nie jest tak wysokie. Z tymi kwiatami wejdę najwyżej na trzecie.
- Bez obaw – mruknęłam zaskoczona takim obrotem rzeczy. – Mamy windę.
I wszedł za mną do środka. Ocknęłam się, dopiero kiedy przekręciłam klucz w zamku i usłyszałam radosne szczekanie po drugiej stronie. Suri? Pies w paryskim hotelu? Zaraz znów się zacznie.
- Masz pieska? Świetnie, uwielbiam pieski.
Taaak, mój piesek też uwielbia inne pieski...
Wchodząc pierwsza, starałam się zatarasować drogę futrzanej bestii, kiedy jeden z kwiatów wyślizgnął się i pacnął Suri w grzbiet, i problem przestał istnieć. Obrażona suczka zwiała do pokoju. Wzięłam kwiaty od Hiszpana i wrzucałam do wanny. Trudno. Nie wezmę kąpieli. Z przyzwyczajenia zerknęłam w lustro i aż mnie odrzuciło – jestem kobietą, która przestaje wyglądać atrakcyjnie o czwartej nad ranem. Po prostu muszę iść spać, położyć się i wyspać, pomyślałam, ale najpierw trzeba pozbyć się stąd Hiszpana. Nie tracąc czasu na zastanawianie się, czy postąpię zbyt obcesowo, czy też nie, wyszłam z łazienki i wtedy właśnie ujrzałam cud. Suri, ten piekielny pomiot, siostra Cerbera i Anubisa, która zmienia się w żądnego krwi potwora, kiedy tylko poczuje woń testosteronu, leżała błogo wyciągnięta na kanapie, z łepkiem opartym na kolanie Custodio i prężąc łapki, mruczała z zadowoleniem i przymykała oczy, kiedy męska dłoń gładziła ją po głowie. Halo! Chyba za dużo dzisiaj wypiłam. Mruczenie stawało się co raz głośniejsze. Jeszcze chwila, a dostanie orgazmu. To nie możliwe! Miałam ochotę trzepnąć zdrowo Suri za takie amoralne zachowanie, tym bardziej że jeszcze nigdy dotąd mnie nie zdradziła. Albo raczej mojego ojca. Przecież wskakiwała tylko na jego kolana, pakowała się tylko do jego łóżka i tylko przy nim mruczała tak błogo. I to przecież ja kupowałam jej karmę, wyprowadzałam na spacer, głaskałam po brzuchu i drapałam za uchem. Niewdzięcznica! Ale nie mogłam ruszyć się z miejsca – stałam jak zahipnotyzowana i nie mogłam pozbyć się tej paskudnej myśli, że wiele bym teraz dała ze to, żeby znaleźć się na miejscu... Suri.
- Nie mówiłaś, że masz tak pięknego i przyjacielskiego psa – Custodio podniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem. – Na mnie już czas, poza tym wyglądasz, jakbyś rozpaczliwie potrzebowała snu.
Odprowadziłam go mechanicznie do drzwi i bez słowa wypuściłam na korytarz. Dopiero kiedy otwierał bramę, przypomniałam sobie, czego uczyła mnie mama:
- Dzięki za podwiezienie.
- Na ma sprawy. Mam nadzieję, że teraz jesteśmy kwita. No wiesz, te buty... Wtedy naprawdę myślałem, że to sól. Gdyby tak faktycznie było, po plamach nie zostałby nawet ślad. Babcia mi tak powtarzała.
- Babcia? Czegoś jeszcze cię nauczyła?
- Że nie należy narzucać się ludziom między dwudziestą trzecią a szóstą rano. Dobranoc. – I zniknął za bramą.

00.00 – kamienica niedaleko Eiffla.
Agata właśnie kładła się do łóżka, kiedy odezwał się znajomy dźwięk telefonu. Z początku miała go zignorować, ale ciekawość przezwyciężyła lenistwo. SMS:

WIEM CO TO ZNACZY PUTA MADRE!
J.

Ups, ta globalizacja i dostęp do wszystkich języków bywa czasem szkodliwa.

 

Wydaje mi się, że trochę rozdział "dopieściłam". Wypadałoby podziękować paru osobą, które - z premedytacją lub przypadkowo - pomogły w tłumaczeniu. Z wyróżnieniem tych, którzy zagrozili użyciem perswazji fizycznej, gdybym o nich nie wspomniała.

Tak więc oto oni (kolejność niezależna od natężenia groźby): LC, Lo, PB, RS(<3), N, S, M&M, MS, E i F.

Jeśli Ciebie tu nie ma, ubolewam. Skomentuj, a wyśle nieco mojego tortu urodzinowego i "będę się płaszczyła w geście przeprosin". Tłumaczenie (1) i (2) znajdziesz tutaj. Uwaga +18!



Deatis 10:14:37 24/10/2010 [1] zamów cappuccino


***
Pani Carmen || http://katiacereatti.blog4u.pl/

Skomentuj jej tego bloga &#8211; powiedziałam sobie dziś, kiedy otworzyłam Operę. Kliknęłam na menu start i poszukałam ikony Worda. Po wygranej wewnętrznej walce (albowiem wyżej była Shaiya) uruchomiłam czystą stronę.
Rozdział przeleciałam z wielkim Ach, Och, Aaa&#8230; był ojciec, ale tylko tak troszeczkę. Więcej ojca! Ojciec jest the Best xD Ja bardzo lubię tego Pana xD I chciałabym zaapelować aby puścił Pan Dżoanę na PC, bo ją muszę do kontaktów na Shaiya dodać (mnie to bardzo przypomina nk, a w ogóle to ja tych ludzi nie rozumiem. Co z nimi gadam to pierwsze co to MUSZĘ ZROBIĆ 40lvl, jakby to było najważniejsze na świecie xD) Czytam sobie twoje wypociny w sprawie agresywnej mowy, a tu nagle&#8230; Nor! No rzesz w mordę. To on pojebany jakiś był xD
A mówiłam, że moja mama ma na imię Agata? ^^
Nie, bałagan w samochodzie Custodio to chwyt marketingowy. Nikt przecież nie kradnie aut, które mają pierd zielnik w środku. Tak przynajmniej twierdził pan co boso chodził po świecie.
Taaak, mój piesek też uwielbia inne pieski... hahaha&#8230; a to ci się udało xD A Perełka jest Ci pewnie bardzo wdzięczna. Będzie bardzo popularna w środowisku psim xD
Fajną babcię ma Custodio. Też się nie będę nikomu narzucać między dwudziestą trzecią, a szóstą rano xD To jest fajna zasada.
Ogółem to co ja mogę powiedzieć? Fajny masz styl, bo to jakoś mi się tak rzuca w oczy. Może przez to, że ostatnimi czasy był u nas szał na czytanie dawnych, usuniętych blogów xD Najbardziej z tego rozdziału zapamiętałam Nora. Trochę mnie zaszokował i uważam, że nie mogę się doczekać Radosława (pozdrawiam Radosława). I serio tak gadał ciągle Dżoano? To trochę dziwne xD
A w ogóle to przeklinanie Ci nie wychodzi, sorry xD (tak offtopicznie, ostatnio spodobało mi się słowo, do kurwy nędzy ^^ fajne).
Do kurwy nędzy idę czytać drugi rozdział!
Puta Madre


Copyright 2010-2012 by Giovanna.
Html based on CamiShoot.
That's why it is so...Passione!